ulica 2

Kambodża, mój drugi dom i moja pierwsza willa.

O początku przygody życia przeczytasz TU. <zrób to koniecznie nim przejdziesz do poniższego tekstu>

Do blaszaka, będącego terminalem głównego lotniska w Kambodży, wkroczyliśmy około 17 w czwartek 10 lipca ( a byłam pewne, że 17) 2008 roku. Zjechani jak konie po westernie, funkcjonowaliśmy jedynie dzięki adrenalinie, która buhała w naszych żyłach. Czekało na nas filmowe powitanie, zawsze o takim marzyłam. Nasz kambodżański szef ze swą niunią ( nie przez przypadek użyłam tego słowa) machali kartką z naszymi imionami ( fajnie nie?). Podeszliśmy przywitaliśmy się, odpowiedziało nam „helllo”, taki wiecie azjatycki inglisz, i ukłon ( tradycyjne azjatyckie powitanie). Wsiedliśmy w wypasionego Lexusa, wewnętrzny look typowo azjatycki, Hello Kitty rulez ( różowa kierownica, breloczki z kotką i takie tam ;)) i pomknęliśmy biednymi ulicami ku naszej willi.

auto

Tak oto wkroczyliśmy do złego świata. Świata, w którym bogaci są oszuści, a korupcja, przemoc i fałsz kryją się przed spojrzeniem turystów. O tym, jak to wszystko faktycznie wygląda dowiedzieliśmy się później. W pierwszych dniach jedyne co sądziliśmy to to, że Kambodża jest krajem pełnym biedy, wśród której tylko nielicznym udało się dorobić.

 

ulica

ulica 3

ulica 2

ulicaaa

Do tych nielicznych dorobionych bez wątpienia należał nasz Sophy ( azjatycki szef) i rodzina jego narzeczonej ( Niuni).
W jego właśnie willi mieliśmy mieszkać. Z brudnej, biednej ulicy przez zwykłą blaszaną bramę wkroczyliśmy do naszego domu. Ogromny wyłożony płytkami podjazd ( na którym balowaliśmy nie raz) prowadził do ogromnych szklanych drzwi, ozdobionych naklejką ze Świętym Mikołajem  (  azjatycki stajl w kwintesencji!). Salon (wielkości połowy mojego polskiego mieszkania) pełen ciężkich, ogromnych, ręcznie zdobionych mebli. Jadalnia ze stołem mieszczącym kilkanaście osób, skromna kuchnia położona na dworze i mała łazienka to parter naszej 4 piętrowej hawiry. Na pierwszym piętrze był pokój Dawida ( oczywiście z łazienką). Na drugim  mój pokój, a w zasadzie dwa. Nasi opiekunowie wybrali dla mnie większy pokój z łóżkiem, na którym zmieściłabym się ja, moja rodzina i połowa przyjaciół… Wybrałam ten mniejszy, bo jakoś spanie w hangarze mnie przerażało. Kolejne piętro, kolejne pokoje no i na samej górze sala balowa… Tak, sala balowa ( no jakoś nie używaliśmy).

Mikołaj

salon

kuchnia

sala balowa

 

Po obejrzeniu wszystkiego ( a trochę nam to zajęło), odświeżeniu się, ruszyliśmy na proszoną kolację z Sophym i Niunią. Pędziliśmy brudnymi ulicami Phnom Phen naszym klimatyzowanym Lexusem pełnym Hallo Kitty i nie mogliśmy uwierzyć, że to się naprawdę dzieje…

W wypasionej knajpie dostaliśmy wypasione żarcie. Każdy z nas wybrał potrawy, ja z Dawidem po jednej, jak to zwykle robi się w restauracji, oni zamówili kilka. Kelner wniósł zamówienie i zaczął ustawiać wszystkie dania na środku. Przerażeni co wybrać ( przecież nie mieliśmy pojęcia co zamówiliśmy ;)), a tu nagle na stół wjechały talerzyki dla każdego, okazało się, że wszystkie zamówione potrawy są wspólne. Zdziwienie wywołało u nas również podanie napojów. Kelner przyniósł całe mnóstwo różnorodnych puszek, każdy brał co chciał, a po skończonej kolacji płaciło się za to się wypiło. Dość szybko opanowaliśmy posługiwanie się pałeczkami, choć na tle Azjatów wypadaliśmy dość nieudolnie. W Singapurze, podczas pierwszego azjatyckiego jedzenia, nasze pałeczkowe próby wyglądały tak komicznie, że cały personel zleciał się i z pobłażliwym uśmiechem nas obserwował. Postanowiliśmy wtedy, że opanujemy tę umiejętności tak, że będziemy łapać komara w losie, oczywiście za skrzydełko ;)

knajpa

Obraz 368

Po powrocie do domu czekało na nas kolejne zaskoczenie. Dwóch naszych studentów zostało przydzielonych do ochrony naszego domu. Spali w salonie na drewnianym łóżku bez materaca.  Oni zachowywali się tak jak typowa służba w stosunku do swojego Pana, tak tez byli traktowani przez Sophiego. Absolutnie nie mogliśmy odnaleźć się w tej sytuacji i za wszelką cenę chcieliśmy wprowadzić luz w nasze relacje. Nie było to łatwe, bo ich inglisz był szczątkowy. Było nam niesamowicie niezręcznie, chcieliśmy ich jakoś miło powitać i poczęstowaliśmy ich przywiezionymi z Polski cukierkami. Okazało się, że oni poczuli się zobowiązani do odwdzięczenia się, pobiegli do sklepu i przynieśli na piwo. Fajnie, miło, ale wiedzieliśmy, że dla nich to spory wydatek. Mieliśmy niezły orzech do zgryzienia: jak sprawić aby chłopaki przestali traktować nas z takimi honorami. W tajemnicy zdradzę Wam, że w końcu nam się udało ;)

Najedzeni, wykończeni do granic możliwości brakiem snu, nadmiarem wrażeń i tropikalnym powietrzem o północy  padliśmy na zasłużone 12 snu by następnego dnia zacząć swoje prawdziwe, samodzielne azjatyckie życie na granicy , ale o tym już wkrótce…

 

  • Dawid Stępniewski

    No pięknie, pięknie ;) Pisz dalej, bo ostatnio zastanawiałem się nad tym, czy te same rzeczy pamiętamy tak samo. Do tej pory jest zgodność ;) Jedną mam uwagę – przylecieliśmy do Kambodży 10 lipca (sprawdziłem w paszporcie). I jeszcze jedno uzupełnienie. Pan z kokosem nie jest anonimowym panem z kokosem, tylko naszym ulubionym, zaprzyjaźnionym sklepikarzem.

    • http://mamawbiegu.pl/ Mama w biegu pl

      Wow, a pierwsze foty na mojej NK pojawiły się dopiero 22? Skandal!!! Że też wtedy nie fejsowaliśmy :)

  • http://megichlopaki.blogspot.com/ ~Meg~

    Co za wyprawa!! Czekam na więcej!