ankor

Kambodża, mój drugi dom!

Osiem lat temu podjęłam szaloną decyzję. Postanowiłam wyjechać na koniec Świata. Wraz z moim przyjacielem, inicjatorem tej podróży, pojechaliśmy do oddalonej o tysiące kilometrów Kambodży. Jako studenci polonistyki popędziliśmy nieść kaganek oświaty. A co! polisz język jest szałowy! A tak poważnie, nauczaliśmy przyszłych pracowników, którzy mieli przyjechać do naszego kraju i pracować jako szwaczki. O tym jak wszystko zakończyło się dla nas i dla nich jeszcze wspomnę, wszak będzie to opowieść w odcinkach.

Podejmując decyzją o wyjeździe nie wiedzieliśmy za wiele, ani na temat kraju, a już tym bardziej nic o warunkach w jakich przyjdzie nam żyć. I co najważniejsze, była to dla nas kwestia drugorzędna. Możliwość przeżycia czegoś tak niezwykłego, przyćmiła wszystko inne. Oboje jesteśmy dość szaleni, więc nie dbaliśmy o jakieś przyziemne sprawy. Podjęcie decyzji trwało chwilę, a umowę z naszym pracodawcą podpisaliśmy na lotnisku. I wierzcie mi nic w tym dziwnego, bo prawda jest taka, że nikt poukładany nie wszedłby w ten projekt. Ale, że żadne z nas ani poukładane, ani do końca normalne, to wyszło idealnie! Od momentu podjęcia decyzji do wyjazdu minęły długie 3 miesiące… Co wiedzieliśmy? Wiedzieliśmy, że będziemy zarabiać spoko kaskę, że wynajmą nam spoko chałupkę i że jedziemy wstępnie na pół roku. Po załatwieniu wszystkich szczepień, formalności i przygotowaniu materiałów do nauki byliśmy gotowi.

 W lipcu zadzwonił upragniony telefon, krótka informacja, szybkie pakowanie, wyjazd za 3 dni. Choć nie był to mój pierwszy wyjazd < wcześniej pracowałam we wakacje w Londynie> serce bolało przy pożegnaniu z rodziną, ukochanym i przyjaciółmi. Ale ruszyliśmy w drogę! Do Azji lecieliśmy 3 dni, a co, na spokojnie. Oczywiście normalnie tyle się nie leci, ale naszą drogę postanowiły urozmaicić linie lotnicze opóźniając lot o 17 godzin. Choć brzmi to jakbym narzekała, absolutnie nie, bardzo im dziękuję. Dzięki temu

a) spaliśmy w super hotelu

b) samoloty, którymi mieliśmy lecieć dalej, poleciały bez nas, dzięki czemu po przebookowaniu lotów mieliśmy 12 godzin w Londynie i 23 w Singapurze na szybkie zwiedzanko!

Jak już wspomniałam Londyn znałam, szybciutko obskoczyliśmy co fajniejsze miejscówy

london

< ha, mieliśmy farta, Królowa pomachała nam z samochodu>, skoczyliśmy do rodziny na obiad i heja na lotnicho i w drogę.

Kolejne miejsce przesiadki i 23-godzinnej tułaczki – Singapur. Się naczytaliśmy jakie to zdyscyplinowane Państwo – Miasto. Każdy przestrzega tu przepisów, nikt nie śmieci na ulicy, każdy przechodzi w dozwolonych miejscach i zakazana jest guma do żucia. Ta ostatnia informacja choć błaha, nas trzymała w ryzach. Z wypiekami na twarzy rozmawialiśmy z singapurskimi celnikami, cały czas myśląc czy oby na pewno wszystkie wzięte gumy zostały przez nas wyżute. Jedno jest pewne, przemycać to ja bym nie umiała :P Ale nim spotkaliśmy się z przemiłymi, jak się okazało, celnikami, którzy pewnie wybaczyliby nam przemyconą gumę, a może nawet dwie, spędziliśmy pełne emocji 12 godzin w chmurach. Ach cóż to był za lot. Lecieliśmy jednymi z najlepszych linii na świecie- Singapur Airlines. Nie jestem znawczynią, nie mam porównania, ale było zajebiście. Azjatyckie pyszności, ciepły ręczniczek do rąk przed, suchy po i inne udogodnienia sprawiły, że lot minął mega przyjemnie. Po dwóch dniach od opuszczenia domu wylądowaliśmy w Azji. Singapurskie lotnicho wygląda jak przepiękny ogród botaniczny. Mnóstwo żywych, egzotycznych kwiatów, płynące strumyki, ogród motyli i inne cuda podjarały nas przeokrutnie.

lotnisko

40141_158895194132236_1223762_n

Ale wyruszyliśmy w drogę, wszak mieliśmy wolne 20 godzin… Metrem dotarliśmy do centrum. Po wyjściu na zewnątrz nagle strzeliła nam para w pysk, a nie sorry to azjatyckie powietrze! Ciężko było oddychać, czuliśmy się jak w saunie parowej, bo i temperatura podobna i wilgotność nie mniejsza. Oczywiście nie mieliśmy żadnego sensownego planu, ot zwykle szlajanko… Bo kilku minutach marszu przekonaliśmy się, że to co piszą o tym kraju nie jest przesadzone: porządek i schludność ich ulic robiła wrażenie. Po 20 minutach trafiliśmy na targ, a tam magia barw, bogactwo owoców… Zebraliśmy gałki oczne do kupy po tym tęczowym oczopląsie i wybraliśmy przekąseczkę. Na pierwszy ogień poszedł, występujący również w polskich marketach, w wersji a fuj, smoczy owoc. Oczywiście złamaliśmy od razu jedna z podstawowych zasad, jakimi mieliśmy się kierować: nie żryj nic, zanim tego nie umyjesz. Warto było! Kolejne godziny spędziliśmy na tułaczce bez planu, otwierając coraz szerzej oczy, że taki świat jest na świecie tym ;) Poza tym, ze jest piknie, to niestety jest drogo. Plan był taki: do wieczora szwendando, jakieś tanie szamando, powrót metrem na lotnicho i kilka godzin snu na mięciutkich dywanach, którymi jest wyłożone  prawie całe lotnisko. Rzeczywistość była taka: szlajando się przedłużyło, taniego szamanda szukaliśmy długo, nie zdążyliśmy na ostatnie metro, na TAXI nie było funduszy, przełaziliśmy cała noc, no oprócz ostatnich dwóch godziny, które przewegetowaliśmy w Maku ;) Po nieprzespanej nocy wzięliśmy szybki prysznic i w drogę!

Z wielkiej metropolii wfrunęliśmy do Trzeciego Świata- Kambodży. W dużych emocjach, ale i z niepokojem w sercach obserwowaliśmy terminal w Phnom Penh. Przypominał on blaszany hangar na polu.  Choć byliśmy we dwójkę, wiedzieliśmy na co się szykujemy widok nas lekko przeraził. Na wpół żywi wkroczyli na daleki ląd szukać przygody, która na zawsze zmieniła nasze życie…

Ciąg dalszy nastąpi…

Wiedzcie, że opisywaniu tych przygód towarzyszą ogromne emocje. Od euforii po smutek. Cieszę się na wspomnienie tych cudownych przeżyć, a smucę bo wiem, że to sie nie powtórzy. Jestem też przeokrutnie zła na siebie, za to, że nie posłuchałam tych, którzy radzi opisać to wtedy, na świeżo… Tak wiele wspomnień zatarł czas…

Zapraszam do polubienia na FB, możesz to zrobić TU. Już wkrótce ciąg dalszy tych ekscytujących, ale i trudnych azjatyckich wojaży.

  • http://www.mylifestyle.com.pl/ Agnieszka Czaja

    Trzymasz w napięciu! Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy tej historii :*

    • http://mamawbiegu.pl/ Mama w biegu pl

      ;) Mi to dopiero towarzyszy napięcie. Serce się rwie do pisania, a tu tyle słów się ciśnie na palce… Żeby to zebrać do kupy i opisać w sposób zrozumiały, ehhh, ja nawet myśląc o tym mam myśli rozbiegane :)

  • Anna

    Bardzo ciekawie się zapowiada! Marzy mi się Azja :) Ja póki co spędzam rok na na innym kontynencie, w USA i opisuję moje przygody tutaj (nie tak niesamowite na pewno jak w Kambodży :P) na moim blogu
    ann-in-usa.blogspot.com

    Na Twojego bloga na pewno jeszcze wejdę, bo mnie zaintrygowałaś!
    Pozdrawiam,
    Anna

    • http://mamawbiegu.pl/ Mama w biegu pl

      Aniu, nie bądź taka skromna. Zajrzałam do Ciebie i się wciągnęłam! Uwielbiam ludzi z pasją :) I no życzę Ci, aby ziściło się Twoje azjatyckie marzenie. A jak już się ziści, to koniecznie podziel się wrażeniami!

  • http://www.mama-bloguje.com/ Wiola Galla

    Piszesz fantastycznie :) A podróży na koniec świata zazdraszczam!

    • http://mamawbiegu.pl/ Mama w biegu pl

      Dzięki Wiola, z usta tak zaprawionej Blogującej Mamy to podwójny komplement! A podróży to ja sobie sama zazdroszczę :)

  • Pingback: Letnie przyjemności. - Mama w biegu()

  • Pingback: Kambodża()

  • Pingback: Co ja robię tu, uuu... - Mama w biegu()

  • http://matkanaszczycie.pl Matka na Szczycie

    Wow, to się nazywa wprawa!
    Mnie akurat dalsze podróże kompletnie nie kręcą, uwielbiam odkrywać nieznane miejsca w swojej okolicy, ale każdy ma inne upodobania i najważniejsze to realizować własne marzenia :)

  • http://pomajemufotografie.blogspot.com Maja

    To mieliście przygodę z przelotem! I w ogóle – Kambodża :) Z opisu wynika, że wspaniała ;)

  • http://www.mamacukiereczki.blogspot.com mamacukiereczki

    Jak ja Ci zazdroszczę takiego wyjazdu :D koniecznie musisz mi opowiedzieć więcej :D

  • http://www.wypaplani.pl Wypaplani

    Jak czytam ile pięknych miejsc zostało mi jeszcze do odwiedzenia, to chyba muszę się przekwalifikować na podróżnika i czym prędzej zacząć zdobywać punkty na mapie :)

    • Marta

      Też czasem mam takie myśli, że tyle świata do odkrycia :)