maraton

Maraton to PIKUŚ

Ludziom się wydaje, że wejście na Mont Everest, to jest coś. Myślą, że pokonać Triathlon, to jest nieziemski czyn. Sądzą, że przebiec maraton, to nadludzki wysiłek.
 
Guzik tam!
 
Zapraszam na zakupy ze zbuntowanym pięciolatkiem.

Wchodzisz do zatłoczonego centrum handlowego, pełnego wkurwionych ludzi. Ty wiesz co się będzie działo. Wiesz, że za max godzinę dopadnie Cię kryzys. Dołączysz do grona tych wkurwionych, którzy godzinę mają już za sobą.
Spoglądasz na dziecko, dotychczas spokojne, na sam widok miliona bodźców dostaję kociokwiku.
Niezmącona ruszasz z gracją i wiarą, że tym razem się uda. Pierwszy sklep, nadal spoko. Masz jeszcze siły ale już wiesz, że nie ma co szarżować. Po przymierzeniu 12 par butów wiesz, że siły trzeba rozłożyć. Rekordu nie pobijesz.
Wychodzisz ze sklepu, a tu jeb! Okazuje się, że to maratono-triathlono- wspinaczka z przeszkodami. Pierwsza wyrasta przed Twoim dzieckiem, błyszcząc napisem ” wrzuć dwa pisiont a pojadę”. Spoglądasz na rozbiegane oczy dziecka, robisz minę „no faking łej tym razem bejbi” i obserwujesz kąciki ust. Wiesz, że nie możesz dopuścić do histerii w pierwszych 30 minutach biegu. To rozchwieje wszystko, już nie złapiecie rytmu. Wyciągasz więc, te cholerne, dwa pisiont, wsadzasz delikwenta do zbyt głośnego i zbyt rozświetlonego helikoptera i odliczasz te cholerne dwie minuty jazgotu.
W drugim sklepie obierasz nową strategie. Nie przymierzasz wszystkich po kolei. Robisz risercz sama. Po chwili za zdobyczą w postaci 4 par butów, które być może, Twoje dziecko ZECHCE zaakcetpować, orientujesz się, że Twoi synowie dawno nie jazgotali. Patrzysz, patrzysz i nie widzisz. Słyszysz jednak tupot, jakby stado słoni ze stadem rozwrzeszczanych mew na grzbiecie, biegło gdzieś nieopodal. Nagle jeb, stuk! Słoń mały zderzył się ze słoniem dużym. Płacz słyszysz i Ty i znaczna część środkowej Polski.
Odruchowo chowasz wybrany obów za siebie.Wiesz, że jedynym słowem jakie będzie padanie z ust syna po stłuczce będzie „NIEEEEEEE”.
Trzeba zmienić temat.Wydaje Ci się, że masz świetny pomysł. Idziecie obejrzeć hulajnogi. Myślałaś, że jesteś zwycięzcą. Żaden kryzys Ci nie straszny. Do czasu aż… słyszysz stanowcze ” chcę tę, kup mi hulajnogę” !!!
Żadne Twoje :” syneczku dzisiaj tylko oglądamy, przyjechaliśmy kupić buty” nie zmienia sytuacji.
Chust, idziesz naprawić błąd na cholerny, skrzeczący helikopterek za dwa pisiont. Wiesz, że to jedyna okazja żeby kupić buty. Oddasz płat wątroby jak będzie trzeba. Czymże jest dwa pisont i ból uszu!
Wracacie do sklepu. Przymierza. Ty dumnie pokonujesz kolejny dystans. Kryzys zażegany. Cieszysz się jak głupia, aż nagle z młodej piersi się wyrywa. Te trzy są brzydkie, czwarte mogę przymierzyć. Już czujesz radość zwycięstwa, aż nagle : „nie, te czwarte są dziewczyńskie”.
Czujesz jak plączą Ci się nogi. Trzymasz jeszcze fason, ruszasz do kolejnego sklepu, wracasz do pierwszej strategii. Niech przymierza wszystko co chce.
Zakłada każde, w każdych musi przebiec jedno kółko. Pani z obsługi wysyła nam siekiery wzrokiem. Przepraszam ją w myślach, ale stara co ja mogę. Lecimy dalej. Żadne z ośmiu się nie nadawały. Z łzami w oczach chcesz się zatrzymać, usiąść na poboczu i rozryczeć się. Wiesz jednak, że jak teraz się poddasz, będziesz musiała cały ten dystans od początku pokonać jeszcze raz. Zbierasz się w sobie i sapiąc pytasz: „Naprawdę żadne nie były dobre? Żadne Ci się nie podobały?”
„Nie, no w sumie te pierwsze były super!”
 
Coraz trudniej Ci złapać oddech. Czujesz, że jesteś bliska obłędu. Wiesz jednak, że jesteś już tak blisko. Determinacja sięga zenitu. Wiesz, że zrobisz wszystko żeby dobrnąć do końca. Nerwowo szukasz w kieszeni dwa pisiont żeby w razie czego wrzucić szybko do helikoptera. Spoko, niech pofruwa, byleby nie zmienił zdania. W głowie szybko liczysz, czy w razie total kryzyzu stać cię aby w komplecie z butami kupić hulajnogę.Chust, najwyżej oszczędzisz na jedzeniu i trochę schudniesz.
Wchodzisz do sklepu, przyspieszasz kroku. Widzisz je. Lśnią jak napis META! Buty, które nazwał „super” . Nie „Spoko”. „SUPER.”
Już łapiesz jego rozmiar, już padasz przed nim na kolana. Zakładasz jeden. Zakładasz drugi. Jeszcze mała przebieżka. Czekasz jak na największą nagrodę. Czujesz to. Czujesz, że za chwilę Twoja pierś przerwie wstęgę z napisem META. Jak największy WIWAT rozbrzmiewa w Twoich uszach.
 
„SĄ IDEALNE. KUPUJEMY.”
 
Ekspedientka patrzy na Ciebie na oszołoma. Płacisz i walczysz ze sobą żeby nie rzucić się kobicie na szyje.
 
Wygrałaś!