omnie

Historyczne wydarzenie! Pierwszy bezbolesny poród!

Każda z nas przed porodem ma mnóstwo wątpliwości. Ba, ja miałam całą beczkę strachu, tonę wątpliwości czy dam radę, setki pytań co przyniesie ze sobą macierzyństwo.

Dokładnie sześć lat temu stanęłam przed tasiemką z napisem ‚macierzyństwo’. Sorry, najpierw stanął mój wielki brzuch, potem długo nic, potem matczyny, dumnie wypięty mleczny raj i w końcu ja.

Wiedziałam, że mimo paraliżującego strachu muszę zrobić krok, triumfalnie przeciąć wstęgę i stanąć po drugiej stronie!

Ruszyłam dziarskim krokiem na porodówkę. Wierzcie mi, serio! było dziarsko. Około godziny 22, lekarka po KTG przyszła w panice mnie badać, bo podobno „Matko, Pani już rodzi. Lecimy na porodówkę”.Dziarsko więc wzięłam swoje łóżko i z moim 39-tygodniowym brzuchem zapchałam je na porodówkę. Położne były akurat zajęte, a lekarka kazała się uwijać ;) więc się uwijałam!

Na porodówce powitała mnie ona, cała na biało ;) Najlepsza położna jaką znałam. Wyszeptałam jej tylko : ” Pani Izo, jak Pani ma nocną zmianę, to ja mogę rodzić.”

Nie wiedząc absolutnie nic o tym co mnie czeka, z wielką naiwnością dodałam: ” Dziś czeka Panią historyczne wydarzenie! Pierwszy bezbolesny poród.”

Wtedy jeszcze nie wiedziałam co oznacza jej łagodne ” Oj dziecino…” – skierowane w stronę mojej promiennej, nieznającej uczucia bólu porodowego buziuli.

Obie odrobinę zdziwiłyśmy się, gdy okazało się, że nie odczuwam grama bólu przy 5 cm rozwarcia.

Zdradzę Wam, że zawsze bałam się jednej rzeczy! Bałam się okrutnie, że mój poród się zacznie, a ja nie będę wiedziała, że to już.

I tak oto koszmar stał się faktem. Lekarz, położna twierdziły, że jestem w dość zaawansowanej fazie, a ja czułam się jak na leżaczku na działce. ” No jak tak ma wyglądać rodzenie dzieci, to spoko, mogę rodzić!” – myślałam. Głupia ja!

Zadzwoniłam do męża  i mówię mu, że ponoć rodzę, ale może niech jeszcze nie przyjeżdża, bo na moje oko to fałszywy alarm. Na szczęście przyjechał, bo pół godziny po telefonie, jakoś tak nawet ja zaczynałam wątpić w ten fałszywy alarm.

Pobujałam się trochę po korytarzu. Byłam jedyną rodząca, humor mi dopisywał, pożartowałyśmy więc z położną, uśmiałam się jak na kawce z kumpelą.

W pewnym momencie zrozumiałam, że to uczucie, które zaczyna kręcić się w okolicach pępka, to niekoniecznie od śmiechu. Poczułam radość, smutek, oburzenie, ekscytację, niedowierzanie i milion innych, wykluczających się uczuć, w jednej chwili. „Ale że co? Że ja jednak rodzę?!”

Gdy już byłam pewna, że „to dziś” napisałam sms do bliskich, a jego treść wypłynęła prościutko z mojego serca :

” To będzie noc Cudu…”

 

I była. Jak dla mnie, to tej nocy naprawdę otworzyło się niebo i wprost z niego w moje ramiona wyskoczył największy Cud, w jakim dane jest nam uczestniczyć.

Wiem, wiem, biologia ma na to swoje wytłumaczenie ale ja uparcie, do końca życia będę twierdzić, że narodziny małego człowieka to Cud.

[kap kap… A miałam nie ryczeć. 6 lat zbierałam się żeby opisać swój poród bez wzruszenia. No ale nie da się!]

Ale wróćmy na chwilę na salę porodową. Gdy około 4 nad ranem błagałam Panią Izę żeby „wyjęła go jakoś”, ona z uśmiechem zapytała co z historycznym, bezbolesnym porodem, który jej obiecałam! Spojrzeniem wysłałam w jej stronę takie pioruny, że zrozumiała, że już sobie nie pożartujemy ;)

Potem coraz bardziej namacalnie czułam rozrywanie się nieba, tylko kompletnie nie wiem czemu to niebo usytuowało się w moim podbrzuszu. Nie wiedzieć też czemu, ten Cud, dla którego się rozrywałam, postanowił wywinąć mi numer i zmusić lekarza do szybkiego cięcia. Mam wrażenie, że od decyzji o cesarskim cięciu, do jego przeprowadzenia minęło max. 5 minut. Leżąc na stole operacyjnym, trzęsąc się jak galaretka, czekałam na ten pierwszy płacz. Fala radości, jaka oblała mnie na dźwięk wrzasku Kornela, mogłaby zalać swą siła i wielkością cały kosmos!
Po chwili położna, najcudowniejszy Anioł, przyłożyła mi mój Cud do policzka. Nigdy nie znajdę słów żeby opisać co wtedy czułam. Cały strach, niepokój przed nieznanym odpłynęły w siną dal. Ja byłam mamą, a to w moim dotychczasowym życiu największe szczęście jakie było mi dane przeżyć.

Kornel na rękach położnej poszedł do sali obok, a tam zastał swojego tatę – skamieniałego z dumy i szczęścia. Położne patrząc na aparat, który mocno ściskał Tatinek w ręku, zapytały : ” Czemu nie robi Pan zdjęć?” A on wyrwał się z kamienia i mówi, że nie wie. Po prostu go zamurowało. Na szczęście wrócił do żywych i ruchomych , i cyknął kilka pamiątkowych zdjęć z pierwszych chwil życia naszego pierworodnego. Dzięki temu mam przy czym się wzruszać, wspominając te chwilę.

Przed drzwiami do sali operacyjnej czekał na mnie najwdzięczniejszy uśmiech świata. Nie wiem czy mój mąż wyglądał kiedykolwiek piękniej niż wtedy. W jego oczach była cała miłość świata. Błyszczały tęczą uczuć.

I tak oto od sześciu lat nasze życie weszło w zupełnie inną czasoprzestrzeń. Rodzicielstwo, to najwspanialsze, najodpowiedzialniejsze i najbardziej nieopisywane z wszystkich ludzkich przeżyć.

 

Skrycie wierzę, że jeśli znalazłby się ktoś, kto potrafiłby ubrać w słowa tę magię jaka zaczyna się dziać w chwili przyjścia na świat dziecka, nie byłoby na świecie bezdzietnych <3