11212711_932547510100330_7869654620167666573_o

Syneczek jest chory, a mama dzielna.

Miało być morze,a może nie będzie…Choroba dziecka mnie totalnie rozwala. Nie mogę podejść do niej ze spokojem. Od razu wszystko inne schodzi na drugi plan, a moja cała uwaga kierowana jest na jeden tor.

Pamiętam pierwszą gorączkę u Nelka. Miał 7 miesięcy i zaczął gorączkować w Wigilię. Masakra, musiało się to zdarzyć akurat tego dnia? Mając przez sobą perspektywę Świąt, a co za tym idzie ograniczony dostęp do służby zdrowia, lekko panikowałam. Zadzwoniłam rano do lekarki omówiłam wszystkie możliwe scenariusze i ze strachem czekałam na rozwój sytuacji. Przeszło gładko i szybko.

Drugi raz gorączkę miał oczywiście w piątek wieczorem przed weekendem majowym 40 stopni. Szczęśliwe dwa dni później nie było po niej śladu.

Kolejnym razem nagle o 22 obudził się ze szczekającym kaszlem nie mogąc złapać oddechu. Godzinę wcześniej nic nie wskazywało na chorobę.Ubrałam go i wyprowadziłam na balkon, szczekający kaszel to objaw zapalenia krtani, która pod wpływem zimnego powietrza się obkurcza i problemy z oddychaniem znikają. Wysoka gorączka, problemy z oddechem i perspektywa długiej nocy pognała nas do szpitala, z którego wysłano nas do drugiego szpitala. W tym czasie (ok. 2 h) byliśmy już tyle razy na dworze, że oddech był w miarę, a i leki przeciwgorączkowe podane w domu zaczęły działać. W Izbie przyjęć na laryngologii syn wyglądał jak okaz zdrowia :) aż bałam się czy nie pomyślą, że jesteśmy hipochondrykami… Nelo dostał zastrzyk, został okrzyknięty najdzielniejszym pacjentem w historii Instytutu Matki Polki i pojechaliśmy do domu. Kolejnego dnia gorączka rosła na rejonie lekarka powiedziała, że to początek zapalenia płuc, dostaliśmy antybiotyk i zaczął się horror. Zinnat był dla syna nie do przełknięcia! Jak już w końcu udało się mu podać wymiotował 2 godziny. Kolejny dawki to samo silne wymioty. W sobotę termometr wskazał prawie 41 stopni… Coś na zbicie i heja do szpitala. A tam Pani Doktor Jestem Nawiedzoną I Natchnioną. Przede wszystkim bardzo się dziwiła czemu przyjechaliśmy… Poprosiłam ją żeby zmieniła antybiotyk. Stwierdziła, że antybiotykami nie można sobie żąglować i jeśli bierze Zinnat to mam kontynuować nim terapię. Tłumaczę, że guzik tam bierze skoro każdą dawką wyrzygał! Zapytałam o możliwość podania w zastrzyku, Pani doktor ze stoickim i wkurwiającym spokojem stwierdziła, że ona nie uważa żeby była potrzeba, a ja powinnam się postarać skutecznie zaaplikować dziecku lek. Jako środek pomocniczy doradziła TIC-TACA. Tak dziecku dławiącemu się lekiem powinnam dać malutkiego tic-taca żeby dobić chyba. Jakoś nie czułam już potrzeby dalszej rozmowy… Antybiotyk zarzuciłam i inhalowałam na potęgę. Szczęśliwie lekarka z rejonu zapisała bardzo skuteczne środki do inhalacji. Dzięki regularnym nebulizacjom nasze zapalenie płuc stłumiliśmy w zarodku. Na wizycie kontrolnej powiedziałam naszej pediatrze o zachowaniu syna po antybiotyku i co ona na to? Grubym markerem na karcie syna, drukowanymi literami napisała: W RAZIE POTRZEBY NIE PRZEPISYWAĆ ZINNATU!

Od tygodnia targa mną wirus, mimo że jestem dość odporna i choruję rzadko nie mogę się pozbyć tego syfu. Marcelek też troszkę gorączkował , jeszcze smarka. A dziś nagle Nelo po harcach osłabł, przyszedł przytulił się i poczułam jak bardzo jest rozpalony… 39 stopni… Śpi mój nieboraczek, a ja ze zmartwieniem w oczach tulę i tulę.

  • Wojciech Świerczyński

    Biedulek